Metallica




Podejrzewam, że zapewne większość czytających miała już styczność z tym zespołem lub przynajmniej nazwa obiła im się o uszy.

Metallica to amerykański zespół thrash metalowy, jeden z pionierów tego gatunku w Stanach Zjednoczonych. Został założony przez Jamesa Hetfielda i Larsa Ulricha.
Wbrew powszechnemu myśleniu, Dave Mustaine (ex-Panic, Megadeth, MD.45) nie był pierwszym gitarzystą grupy. W rzeczywistości przed Mustainem było dwóch innych gitarzystów, a konkretnie Hugh Tanner i Lloyd Grant.
Od 1983 roku stałym gitarzystą jest Kirk Hammett (ex-Exodus).
Pierwszym basistą był Ron McGovney, którego po roku zastąpił Cliff Burton (ex-Trauma). Burton zmarł w wypadku autokaru w Szwecji, o tym przeczytacie w np. jego biografii (którą powinniście móc zdobyć w Empiku). Po śmierci Burtona, do 2001 roku za bas odpowiedzialny był Jason Newsted (ex-Flotsam and Jetsam). W porównaniu do poprzedników, utrzymał się w składzie dość długo, jednak w końcu miał dość tego, że koledzy z grupy się nad nim znęcali i ostatecznie odszedł (niezły z ciebie masochista, Jasie, tyle wytrzymać). Od 2003 roku za bas odpowiada Robert Trujillo.



Metallica wydała 10 krążków studyjnych plus gościnnie wystąpiła na albumie Lou Reeda pt. Lulu. Pierwsza EPka, którą wydali nosiła nazwę No Life 'til Leather i zawierała dema: Hit the Lights, The Mechanix, Motorbreath, Seek & Destroy, Metal Militia, Jump in the Fire i Phantom Lord. Za gitarę prowadzącą odpowiedzialny był Dave Mustaine, a za bas - Ron McGovney. Raczej niczym zaskakującym będzie, jeśli stwierdzę, że EPka ma surowe brzmienie i słabą jakość. 
Pierwsze pięć albumów to naprawdę dobry start jak na amatorszczyznę. Na szczególną uwagę zasługują albumy Ride the Lightning oraz … And Justice for All. O tym drugim, pod sam koniec recenzja. Z drugiej strony barykady - Death Magnetic. Nie mam zamiaru marnować miejsca na opisywanie kiczowatości albumu.
Mogłabym wspomnieć tu o albumie Lulu, jednak jest to w rzeczywistości album Reeda a Meta była tylko gościem. Mimo wszystko…



Wybrana dyskografia















…And Justice for All


Jedni będą zaskoczeni, dlaczego wybrałam do recenzji AJFA, inni (szczególnie ci, którzy mnie znają) nie. 
Album został wydany w 1988 roku, dwa lata po śmierci Cliffa Burtona, a więc już z Newstedem za basem. Krążek zawiera 9 utworów. Ciekawostką dotyczącą tego albumu jest fakt, że bas tutaj jest przestrojony o oktawę wyżej, stąd też wielu mylnie twierdzi, iż został wyciszony. 
AJFA jest dziełem ukazującym dojrzałość zespołu. W porównaniu do pozostałych płytek, ta zawiera sporo elementów progresywnych. Takie dzieła jak AJFA docenia się po latach (chyba, że słyszało się już wystarczająco wiele). To jest właśnie powód wybrania tego albumu. Zdecydowanie wybija się na tle takiego Kill 'em All czy Master of Puppets, jest w pełni dojrzałym dziełem (czego nie można powiedzieć o wspomnianym wcześniej Death Magnetic). Nadużyciem byłoby stwierdzenie, iż album jest niedoceniony jednak w porównaniu z Master of Puppets, trochę może tak. 
Do rzeczy. Krążek otwiera utwór Blackened, który sam z siebie zapowiada już nieco inne spojrzenie zespołu na tworzenie muzyki.
Do tych ciekawszych, najbardziej zapadających w pamięć utworów należą między innymi:
…And Justice for All
Eye of the Beholder
One
Harvested of Sorrow
To Live is to Die

Poświęcę kilka słów na zajęcie się ostatnim wymienionym, gdyż jest dość ciekawy. To Live is to Die zawiera długie, jednak interesujące intro. Jest to utwór głównie instrumentalny. Mogłoby się wydawać, że do końca będzie sam instrumental, jednak pod koniec wjeżdża James cytujący słowa Cliffa. Mogłabym zaryzykować i stwierdzić, że ten utwór jest najdojrzalszym ze wszystkich, które kiedykolwiek wyszły z ich studia. 





Szkoda tylko, że James wypowiedział to w taki cóż, sztywny sposób. Myślę, że mógł się bardziej do tego przyłożyć, jak na przykład kiedy śpiewał Fade to Black. Brzmi to tak pusto i mdło, aż zniechęcająco. Pomimo tego mankamentu, którym jest pusty głos Hetfielda, dzieło zasługuje na więcej uwagi.

Myślę, że byłaby lepszym zakończeniem niż faktyczny utwór zamykający krążek, czyli Dyers Eve, nad którym już nie mam ochoty się rozwodzić. Jedynie mogę zachęcić do przesłuchania tego albumu, szczególnie tych, którzy nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z Metallicą.

Komentarze

  1. Ahh lata mojej młodości. Dziś mnie juz tak nie kręcą jak wtedyy gdy miałem 17 lat, ale i tak cały czas trzymają dobrą formę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiedziałabym, że trzymają dobrą formę. Czuć i słychać spadek jakości tworzonej przez nich muzyki.

      Usuń

Prześlij komentarz