„Holy Land” – recenzja

Długo nie było żadnej notki, wiem. Dzisiaj zapraszam na recenzję jednego z lepszych wydawnictw Angry. W końcu miały być również recenzje, więc tu pierwsza samodzielna recenzja niedołączona do notki o zespole.
Tak na zachętę do przeczytania: nie taki power metal zły, jak go malują. Tutaj mamy do czynienia z naprawdę wybitnym albumem.

Holy Land jest albumem koncepcyjnym. Krążek obraca się wokół odkrycia Brazylii. Okładka przedstawia mapę Ameryki Południowej, stylizowaną na starą, z różą kierunków umieszczoną na jej wschodnim wybrzeżu. Jej autorem jest Alberto Torquato.
Japońska edycja zawiera piosenkę Queen of the Night, a edycja limitowana: piosenki Angels Cry i Never Uderstand z poprzedniego albumu i cover Chega de Sadade Toma Jobima.

Skład

André Matos – wokal, fortepian, klawisze, organy, aranżacja orkiestry
Kiko Loureiro – gitara, wokal wspierający, instrumenty perkusyjne (Holy Land)
Rafael Bittencourt – gitara, wokal wspierający, instrumenty perkusyjne (Holy Land)
Luís Mariutti – bas
Ricardo Confessori – perkusja, instrumenty perkusyjne

Gdybym miała polecić lub wskazać najlepsze albumy Angry, Holy Land znalazłby się w tym zestawieniu. 
Album otwiera Crossing będąca interpretacją O Crux Ave G. L. de Palestriny. 
Wstęp utworu Nothing to Say jest dość tajemniczy i wciąga już od pierwszych dźwięków oraz zachęca do przesłuchania pozostałych kompozycji. Ciekawą sprawą w albumie jest fakt, że tworzy on ściśle całość, koniec utworu jest jednocześnie początkiem następnego. Wydawnictwo raczej nie posiada słabostek, wszystkie kompozycje są równie interesujące i przyciągające. O ile nie jestem „za” śpiewem Matosa, o tyle tutaj chłopak się popisał zdolnościami wokalnymi, wspierany przez chórki. Kompozycje są napisane z głową, nie na siłę jak to niektóre zespoły/niektórzy wykonawcy mają.
Moim osobistym faworytem jest Carolina IV. Utwór jest bardzo rytmiczny i wciągający od samego początku, jednak czasem denerwują mnie te wysokie tony wydawane przez Andrégo. Jeden z recenzantów na RYM mówi coś, że w tle słychać portugalski, jednak ja nic takiego nie słyszę, może jeszcze nie jestem aż tak wyczulona na wyłapywanie takich rzeczy. Dodatkowo, ten utwór jest najdłuższą kompozycją na albumie (trwa ponad 10 minut).
Holy Land jest równie interesującą kompozycją. Dodanie innych instrumentów perkusyjnych to strzał w dziesiątkę – świetnie ubogacają kompozycję, dzięki czemu jest bardziej interesująca. 
Mimo że jest to album koncepcyjny, nie będę analizowała tekstów – zawsze to będę powtarzała – nie należę do osób, które przywiązują do tego wielką wagę i nie interesują mnie one. Interesuje mnie ilość muzyki w muzyce, a nie ilość pięknych/brzydkich słów w pojedynczej piosence (PS. Magma).

Nie przepadam za wstawianiem odnośników innych niż do Spotify, ale zablokowano Polsce dostęp do albumów Angels Cry, Holy Land Rebirth.






Źródła:
RYM
Wikipedia

Komentarze

  1. Hej,
    ależ sobie wybrałaś niszową tematykę i niszową dziedzinę.
    W pierwszym odruchu miałam ochotę sobie pójść po 15 sekundach, ale zostałam.
    Przeczytałam, przesłuchałam, nigdy nie słyszałam o tym zespole, pierwszy raz leci. Może za jakiś czas uda mi się stwierdzić, czy mi się podoba. Teraz jeszcze nie wiem. Ale brzmią bardzo nieźle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, miło Cię widzieć tutaj. :)
      Wiadomo, że lepiej mówić o rzeczach, które się zna niż pchać się do tematyk z którymi nie ma się nic wspólnego, czyż nie?
      Będzie miło, jeśli później dasz mi znać, co sądzisz o tym albumie lub ogólnie o zespole. :)
      Dziękuję za rzeczową opinię.
      Trzymaj się!

      Usuń
  2. Hej2,
    lajknęłam w ciemno kilka ich piosenek na yt, które przeważnie puszczam, żeby sobie latało swobodnie i zaczęły mi się włączać. Spieszę donieść, że mi się podobają. Raczej nie będzie to miłość na całe życie, ale fajnie poznać coś nowego. Momentami przypomina mi Turbo, tzn. utwory z "Temple of shadows" kojarzą mi się z "Ostatnim wojownikiem".

    Oczywiście, że i lepiej i przyjemniej. Wspomniałam o tych niszach, bo byłam pod wrażeniem konsekwencji i tego, jak fajnie to wszystko jest opisane - a potem pomyślałam sobie, jak ciężko się będzie znaleźć z odbiorcą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, hej. :)
      No całkowicie zrozumiałe, ja osobiście w ogóle nie przywiązuję się do zespołów czy artystów, prędzej czy później nasze miłości się zmieniają. Kiedyś szalałam za Rammsteinem, a teraz wolę słuchać Eda Falaschiego.

      Szczerze, piszę głównie dla przyjemności – poza tym mam też wszystko poukładane w jednym miejscu. I staram się też zachowywać dystans przy ocenianiu, tzn. nie oceniam przez pryzmat moich odczuć. Na przykład, nie ważne jak bardzo bym nie kochała Megadeth to zdaję sobie sprawę z ich „miejsca w szeregu”, poza tym chętnie dyskutuję na temat tego, co już słyszałam i umiem już wysnuć wnioski.

      Usuń
    2. Ja się jak najbardziej przywiązuję. Nie do wszystkich, ale do większości artystów, przy których miałam 😍.
      Lata mijają, upodobania mi się zmieniają, albo przechodzę do słuchania zupełnie innych artystów, albo skłaniam się ku innym, ale co raz pokochałam, kocham nadal. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym usłyszała jakiś nowy eksperyment jakiegoś zespołu czy wiodącego członka zespołu, który kiedyś uwielbiałam i stwierdziła, że to jakaś totalna kupa i nie rozumiem, jak mogłam cokolwiek wcześniej dostrzegać w jego twórczości.

      Usuń
    3. Za to ja nie potrafię być stała w tej kwestii. Kiedyś uwielbiałam na przykład Avenged Sevenfold. Teraz obok tego przechodzę obojętnie. Rzecz jasna czasem sobie sprawdzam jakieś nowości, ale to już tak nie porywa. Chociaż muszę przyznać, że w porównaniu z poprzednimi albumami to nowy jest całkiem przyzwoity. A z kolei taki Korn nic świeżego nie wypuścił. Wiadomo, że wielokrotnie odgrzewany kotlet nie jest tak samo smaczny jak świeży.
      Planuję na za jakiś czas opublikować posta o tym, jak kiedyś wyglądało moje słuchanie muzyki. Tylko się muszę na to zebrać, bo to dość wstydliwe. xp

      Usuń
    4. Ta moja stałość chyba niespecjalnie się różni od Twojej zmienności. Lata temu miałam dwu czy trzymiesięczny etap ekstremalnej fascynacji stonesami, od rana do wieczora, albumami, alfabetycznie, w zapętleniu i wspak; nasyciłam się i przeszłam dalej, teraz praktycznie do nich nie wracam. Czasem usłyszę i to, co uwielbiałam nadal uwielbiam i nawet wywołuje podobne emocje, ale wiem, że słuchanie nie sprawi mi przyjemności, bo teraz mam ochotę na coś zupełnie innego.

      P.S. Jeśli coś się poprawiło, to nie powód do wstydu, wręcz przeciwnie.

      Usuń
    5. W moim wypadku to wygląda tak, że 2-3 lata się jaram jednym zespołem/artystą a potem nagle pojawia się coś ciekawszego i za tamto się biorę. Dlatego stwierdziłam, że nie uważam się za fana kogokolwiek. ;)

      Usuń

Prześlij komentarz