„Moonlight” – recenzja


Jest wiele akustycznych cover-albumów. Większość nic nowego nie wnosi, a jest jedynie mniej lub bardziej przyjemnym dodatkiem do dyskografii artysty lub do „portfolio” jakiegoś nowicjusza. Czy da się stworzyć ciekawy cover-album?


Moonlight jest debiutanckim, solowym albumem Eda Falaschiego, który wydał na swoje 25-lecie działalności muzycznej. Wydawnictwo zawiera 9 ścieżek – 8 coverów Angry i jeden Almy. W procesie jego nagrywania uczestniczył między innymi Tiago Mineiro, który reprezentuje jazzową scenę brazylijskiej muzyki.



Wiele osób zapewne machnęło ręką po kilku pierwszych dźwiękach Novej Ery. „No przecież to nic niezwykłego, że robi się akustyczne…” stop. Ten album ma w sobie coś więcej niż większość akustycznych aranżacji i postaram się Tobie to udowodnić. Umowa? 😉



Wszystkie piosenki zostały przeniesione na płaszczyznę jazzowo-bossa novową, co czyni to wydawnictwo czymś więcej niż kolejnym, przeciętnym, akustycznym cover albumem. Falaschi na całym wydawnictwie raczej trzyma się swojej naturalnej skali głosu, dzięki czemu jest ono wyjątkowe samo w sobie – w Angrze przecież kazali mu śpiewać głównie partie tenoru, co nie pozwoliło mu w pełni ukazać swoich możliwości.
Inną, wartą uwagi kwestią jest fakt, że utwory zostały dobrane tak, by mniej-więcej płynnie, harmonijnie przechodziły między sobą. Dzięki temu album jest równy, nie ma czego się przyczepić. Wszystko się ze sobą zgrywa, tworzy całość.



A tu taki mały bonus.

Komentarze